strona główna


2011-07-21 19:03:24

I po bólu...


Ponieważ poród pamiętam trochę jak przez mgłe dlatego wszystkie szczegóły zapisał Simon. Jednego jesteśmy teraz pewni - nie będzie drugiego podejścia. Simon powiedział, że oglądanie mnie w takim bólu jest ponad jego siły.
Wody mi odeszły w środę w nocy i myślałam, że to będzie początek. Jednak żadne bóle się nie pojawiły. W nocy z czwartku na piątek pojawiły się bóle i gdy ich częstotliwość, jak przykazali, osiągnęły częstotliwość 5-7 minut zadzwoniłam do szpitala. Tam jednak powiedzieli mi, że jeszcze jestem całkiem spokojna, rozmawiam normalnie czyli bóle nie są jeszcze na stadium, na którym mogliby mnie przyjąć do szpitala.
Byłam rozczarowana bo wszędzie mówią, żeby na tym etapie dzwonić do szpitala, ale co było robić. Zgodnie z 'przepowiednią' położnej przyszły gorsze bóle. Zadzwoniłam do szpitala. Na ten dzień i tak miałam umówioną wizytę na pobudzenie akcji porodowej więc poradzono mi, żebym wzięła kąpiel - 40 minut, zjadła śniadanie i wtedy pojechała do szpitala. Jest piątek rano i M2, bo tam miałam umówione spotkanie jest pełne. Inna położna mnie bada, monitorują dziecko bo wody w końcu odeszły. Jednak ta położna nie była tak pewna tych wód bo cały czas je wyczuwała. I dobrze wyczuwała. Kiedy przy kolejnym skórczu zeszłam na czworaka odeszły mi wody...znowu. Niestety wody były zielone czyli ja już się przestraszyłam, że dziecku się to ne podoba. A miejsca na porodówce były wszystkie zajęte. Na szczęscie po kilku minutach znaleźli wolną salę do rodzenia i na wózku mnie przetransportowali. Oczywiście plany na spokojny poród w wodzie poszły w niepamięć bo wszystko szło jak po grudzie. Już wiedziałam, że będą chciała jakieś znieczulenie. Na sali niestety byłam na łóżku więc wszystko, czego nauczyłam się o aktywnym porodzie też wyleciało przez okno. A potem to już było tylko gorzej. Dziecka nie można było monitorować normalnie więc trzeba było przyczepić aparaturę do jej główki. Ja się darłam w niebogłosy i głupi jaś to był mój najlepszy przyjaciel. Za nic nie dałabym sobie wyrwać z rąk tego cudownego gazu. Poprosiłam w końcu o diamorphine czyli znieczulenie podawane w zastrzyku. Jest to pochodna morfiny ale nie tak silne jak epidural (podawany do kręgosłupa). Czekanie na podanie i działanie zastrzyku wydawało się trwać wiecznie. A jeszcze na przeciwko łóżka miałam zegar. Kiedy myślałam, że minęły godziny to były to tylko minuty. O wiele więcej działo się pomiędzy, ale nie pamietam wszystkiego. Pamiętam, że się ptrzestraszyłam, kiedy powiedziano, że czas na pchanie główki i trochę mi poluzują znieczulenie, żeby skórcze pomogły mi przeć. Bardzo dziwne i niekomfortowe uczucie to parcie ale poszło tak szybko, że wszyscy byli w szoku. Najpierw myślałam, że nie ma żadnego postępu i pytałam się położnej czy widzi już główkę. I kiedy wszyscy myśleli, że zajmi mi to dłuższą chwilę ja pchnęłam i Kalinki głowa była w połowie z nami. Powinnam teoretycznie na tym etapie przestać przeć, żeby się rozciągnąć trochę więcej ale nie dałam rady. Wypchnęłam główkę i zaraz potem resztę Kalinki bo przypomniałam sobie, że ramiona też mogą boleć. Położna była w szoku. Wcześniej powedziała Simonowi, że będzie więcej osób przy narodzinach Kalinki z powodu tych zielonych wód. Kiedy wszystko poszło w tak błyskawicznym tempie kazała Simonowi nacisnąć na guzik, żeby zawołać drugą położną i lekarza do sprawdzenia czy wszystko dobrze z Kalinką. Simon w nerwach nacisnął zły przycisk :-)
Kalinka płakała od razu więc byłam pewna, że żyje. Wyglądało na to, że nie napiła się zielonych wód z własnymi odchodami. ja i moje niecierpliwe parcie niestety spowodowało, że pękłam w czterech miejscach. Chwilę zajęło lekarzowi pozszywanie mnie. Normalnie zszyłaby mnie położna ale jedno pęknięcie było dość głębokie więc poprosili lekarza.
Nie było tak, jak chcieliśmy ale skończyło się dobrze. Kalinka jest z nami od piątku 15.40. Ważyła 3455g i jest oczywiście cudowna. Choć daje popalić...
skomentuj (2)